Nauczanie innych to przygoda.
Od października jestem lektorką (ach, to brzmi dumnie) języka angielskiego w pewnej szkole języków obcych. Hasło "lektorka" jest może w tym przypadku trochę na wyrost, bo wciąż jestem studentką, ale staram się jak mogę.
Choć obawiam się, że moje starania i tak na nic się nie zdadzą.
Mam dwójkę maturzystów, bardzo fajni chłopcy,ale oni nie znają języka. Nie potrafią mówić, nie potrafią pisać i mają mały zasób słów. A wbrew pozorom, nawet matura na podstawowym poziomie, wcale nie jest prosta. Trzeba przecież przeczytać tekst (i zrozumieć go!), by następnie odpowiedzieć na pytania. Trzeba napisać dwa teksty i jeszcze porozmawiać z komisją.
Nie mają szans na zdanie matury i za każdym gdy ich widzę, jest mi bardzo przykro z tego powodu. I za każdym razem jedno mnie zastanawia....jak oni doszli do klasy maturalnej? Jak są prowadzone ich lekcje angielskiego, że chociaż poziom ich wiedzy jest zatrważająco niski, to jednak zdali i są w ostatniej klasie?
Myślę, że dzielenie na grupy według poziomu zaawansowania powinno być obowiązkowe i uczeń na angielski, zamiast ze swoją klasą, chodziłby ze swoją grupą. Miałam szczęście uczyć się w takim systemie i bardzo go sobie chwalę, bo wszyscy byliśmy na jednym poziomie i było wiadomo co można z nami zrobić. Co już umiemy, a nad czym trzeba jeszcze popracować. A w klasie, kiedy ktoś już coś wie a inny nic, jak wypośrodkować poziom? Jak to zrobić, by ten co już coś wie, nie nudził się i jednocześnie ten, który nie wie nic, cokolwiek wyniósł z lekcji? To przecież niewykonalne.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Przyzwyczaj się do tego, że uczniowie nic nie umieją. Przyzwyczaj się również do tego, że nie potrafią się nic nauczyć.
OdpowiedzUsuńAle gdyby wszyscy się uczyli angielskiego bez problemów, bardzo szybko byśmy zostali bezrobotni. ;)
ps. Powinnaś zmienić swój sposób myślenia ("oni nic nie umieją i nie zdadzą matury") bo tego typu negatywne wibracje łatwo przenieść na uczniów i nauczanie. Rób swoje, a reszta sama przyjdzie.