Już kiedyś przyznałam się, że jestem fanką bondowskiego cyklu, zatem nie mogłam nie pójść na "Quantum of Solace", najnowszą odsłonę przygód Agenta JKM z licencją na zabijanie i zabójczą prezencją w garniturze.
Prawdą jest, że słynne zdanie "My name is Bond. James Bond" nie pojawia się.
Także nie pada nazwa "Wódka Martini". Ale za to podany jest przepis na drinka a'la Bond.
Cykl ewoluuje, to widać było już po "Casino Royal".
Dlatego byłam bardzo ciekawa czołówki.
Dziewczyny wróciły.
Pojedyncze dźwięki pianina którym wkrótce wtóruje przesterowana gitara (uwielbiam Jack'a White'a!) i piosenka tytułowa w pełnej krasie.
Jest sporo akcji, wydaje się, że takiej akcji w starym stylu gdzie panowie leją się i rzucają o ściany aż się kurzy. James w wydaniu Craig'a jest jak dzikie zwierzę gotowe ugryźć każdego, kto zagrozi mu klub jego bliskich. Czytałam kiedyś, że taki brutalny Bond jest bliższy literackiemu oryginałowi. W każdym razie kiedy trzeba to James potrafi sprać przeciwnika na kwaśne jabłko ale potrafi być też czarujący i ujmujący.
W ogóle oglądając ten film można odnieść wrażenie, że ciężkie czasy nastały dla szpiegów. Kiedyś podział na "dobrych" i "złych" wydawał się bardziej klarowny, teraz jest zamazany, są raczej "źli" i "jeszcze gorsi". Zarówno M jak i James zdają się trochę gubić w tych gierkach, wyznają zasadę, bądź jaki chcesz, ale graj ze mną fair.
I ani waż się mnie zdradzić.
Znowu dostało się Amerykanom (choć ich honoru dzielnie broni Felix Leiter, jedyny sprawiedliwy, chciałoby się powiedzieć). Znowu dostało się złym politykom. I dostało się nam wszystkim (choć dyskretnie) za to, że nie chronimy środowiska. Znowu Bond uratował świat ale, o dziwo!, bez pomocy wymyślnych zabawek (bo ten jego telefon to w sumie... nic nadzwyczajnego, ot lekko zmieniona wersja tych zabawek jakie dziś sami możemy kupić, fascynująca sprawa!).
Dobrze, że Bond mimo wszystko chodzi w garniturze, bo kiedy przestaje się przedstawiać i zamawiać wódkę Martini to niebezpiecznie upodabnia się do innych filmowych agentów. Jeśli coś ich jeszcze odróżnia to chyba tylko to, że Bond nie posługuje się fikuśnymi metodami walki, wali po mordach mówiąc kolokwialnie i tyle, bez kopniaków z półobrotu. A i cokolwiek Bond robi, robi to za Anglię i Królową.
Chyba, że akurat robi coś dla siebie, bo w końcu nawet taki profesjonalista jak on ma uczucia i nawet on może pałać chęcią zemsty. A wtedy lepiej zejść mu z drogi, bo nowy Bond to taki trochę człowiek-demolka.
Ale z jaką frajdą się to ogląda!
Kupuję nowego Bonda, choć mimo wszystko mam nadzieję, że lifting jakiemu poddano jego postać, nie zmieni go w kogoś innego.
PS. Twórcy w jednej scenie ładnie zamrugali do widzów parafrazując scenę z innego odcinka przygód agenta 007. Banalna zagadka, z jakiego odcinka twórcy "ściągają"?
piątek, 14 listopada 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz