Nawet nie przypuszczałam jak łatwo dostać się do klubu Stodoła. Praktycznie od dworca prosto i w lewo. Długa kolejka, która na szczęście szybko się posuwała i po chwili jestem w środku. Wizyta w szatni i zaraz wchodzę do sali, gdzie zajmuję miejsce blisko sceny. Cały czas mam nadzieję, że kurczak w cieście, który zjadłam na szybko na dworcu był świeży i nie będę miała żadnych sensacji żołądkowych w czasie koncertu.
Jak ta za mną jeszcze raz się o mnie oprze to ją chyba strzelę.
Porzucam jednak zbrodniczy plan i odpłacam jej tym samym, czyli równie bezczelnie opieram się o nią. Zobaczymy, która wytrzyma dłużej.
Po chwili odpuszcza.
Poczekaj jak tylko użyję swojej tajnej broni, wystawionych kościstych łokci.
Nie cierpię na nic czekać. Czas okropnie się dłuży.
Może dłużyłby się mniej, gdybym miała z kim porozmawiać.
Wreszcie wychodzą!
Zaraz... ten jeden koleś nawet taki jakby trochę do Alexa podobny ale to nie on. Drugi szybko przedstawia zespół (nie zrozumiałam nazwy niestety) i zaczynają grać.
Chłopak, który stoi obok mnie nagle mdleje.
Na szczęście podnosi się i koleżanka wychodzi z nim na powietrze.
A ja słucham co oferuje support i daję się porwać ich muzyce.
Przyjemne syntezatorowe brzmienie z rodzaju "tra lala a teraz skaczemy i klaszczemy".
Ten Alexopodobny zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Taki w moim typie, wychudzony. Koszula, duże okulary, grzywka na boczek, wygląda jak pilny uczeń. Ale jak go gnie nad tymi syntezatorami!
Chciałabym mieć go w takiej wersji mini a'la maskotka by móc postawić go na stole i móc patrzeć jak się giba.
Uroczy widok.
Czas poskakać!
Kto tam stoi na balkonie?
Nick?
Może.
O Boże!
Obok chyba-Nicka stoi Alex w czarnej kurtce ze skóry i w czarnym golfie.
Nie mogę skupić się na tym co dzieje się na scenie.
I pomyśleć, że mam z tym facetem zdjęcie!
Że zamieniłam z nim parę słów, choć z miejsca zapomniałam jak się nazywam.
Dwa lata minęły od tego czasu.
Zupełnie jakby to było wczoraj.
Support kończy, Alex i chyba-Nick znikają z balkonu.
Techniczni kręcą się po scenie podłączając sprzęt.
Przypominam sobie zemdlonego chłopaka, który wrócił w międzyczasie i rozglądając się, myślę sobie, że kijowe miejsce na zasłabniecie.
Niepokoi mnie to moje ziewanie, przecież nie jest wcale późno.
Ten dźwięk jakbym miała watę w uszach też wcale nie jest dobrym sygnałem.
Żółto czarne kropki przed oczami i kolana jak z waty.
A po chwili ciemność przed oczami.
Stanie w tłumie ma jedną zaletę. Nawet jak się zasłabnie to się nie upadnie bo po prostu się nie da.
Are you feeling ok?
Czyjś głos wyrywa mnie z otchłani, otwieram oczy by stwierdzić, że dalej widzę świat na żółto i czarno i po chwili znowu odpływam.
Chyba opieram się o kogoś.
Nie wiem, ale jako, że nie znajdę potem żadnych siniaków, zgaduję, że nie padłam na ziemię.
Po chwili czuję, że ktoś bierze mnie na ręce i szybko wynosi.
Powiew powietrza otrzeźwia mnie i na dobre wyrywa z czarnej otchłani.
Dobrze się czujesz?
Dobrze zbudowany pan wyniósł mnie do przedsionka, gdzie już na dobre odzyskałam wigor.
Usiadłam i pochyliłam głowę w dół bo słyszałam, że przy takich zasłabnięciach to najlepszy sposób.
Nie jestem specjalnie zestresowana tym co się stało, takie "zejścia" zdarzały mi się w dusznych miejscach.
Po chwili podchodzi do mnie pan ratownik i widząc moją nietypową pozycję pyta czy coś mnie boli.
Odpowiadam, że nie, że wszystko w porządku, że czuję się dobrze.
Jasne.
Właśnie dopiero co wyniesiono mnie bo zasłabłam w tłumie, prawdopodobnie jestem blada jak ściana, ale czuję się świetnie.
W każdym razie zaprosił mnie do ambulatorium i ani myślał usłuchać, że naprawdę nic mi już nie jest.
W sumie rozumiem go, to w końcu jego praca.
Kazał mi się położyć, zmierzył mi ciśnienie (było w normie) a ja jak oszalała nasłuchiwałam.
Gdyby się okazało, że zaczęli grać beze mnie...
Nie po to jechałam tyle, by teraz siedzieć w ambulatorium!
Opowiedziałam panu przebieg zdarzenia i poradził mi żebym teraz stanęła w bardziej przewiewnym miejscu.
No ba!
Ustawiłam się z tyłu sali, niedaleko drzwi zatem przewiew był dość dobry.
Nawet miałam sporo miejsce wokół siebie by skakać i tańczyć. Szkoda tylko, że do sceny tak daleko.
W każdym razie zdążyłam tylko zająć dogodną pozycję gdy na scenę wyszli ONI!
Franz Ferdinand proszę Państwa!
Pierwszy utwór z nowej płyty. Nie wiem jeszcze co to było, ale dalej brzmi to jak stary, dobry Franz, jednym słowem tak, by dziewczyny chciały tańczyć.
Potem miks utworów z pierwszej i drugiej płyty (i szaleństwo przy "Michaelu", tudzież cała sala śpiewająca "I love the sound of you walking away!") i znowu coś z trzeciej.
Rewelacja!
Jest dokładnie tak jak sobie to wyobrażałam!
Więcej syntezatorów, jak obiecali. Afrykańskie rytmy? Nie słyszę, ale to nie znaczy, że ich tam nie ma.
Wyśpiewuję gardło przy "Take me out!", skaczę jak mały kangur by dojrzeć Alexa i by dać upust tej energii.
This fire is out of control I'm gonna burn this city!
To już koniec koncertu. Cholera, jak to szybko zeszło.
Myślę, że zagrali w miarę po równo kawałków ze wszystkich płyt (czyli trzech z czego ta ostatnia ma się dopiero ukazać).
Godzina 22. Gdybym się sprężyła mogłabym zdążyć na pociąg o 22:55. Biegiem do szatni gdzie natrafiam na straszliwy zator.
Nie rozumiem.
Czyżby wszyscy śpieszyli się na pociąg, że prawie zabijają się aby tylko wyjść?
Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.
W każdym razie koło 22:20 zaprzestałam prób wydostania kurtki.
Nie chciałabym wpaść na dworzec tylko po to by widzieć odjeżdżający pociąg.
Tym bardziej, że następny był dopiero 5:55 zatem długa noc przede mną.
Z klubu wyszłam o 12.
Zadziwiające. Jak mi Mapa podała, że z klubu na dworzec na piechotę idzie się 34 minuty tak też tyle szłam.
Pomyślałam, że na Dworcu Centralnym w Warszawie McDonalds powinien być czynny całą dobę.
Przeliczyłam się.
Na szczęście znalazłam tam jedną otwartą piekarenkę, gdzie wypiłam morze barszczu i herbaty.
Najgorzej było, gdy książka, którą ze sobą wzięłam skończyła mi się o 4.
Ale to już tak blisko odjazdu...
Wiecie, że toaleta na Dworcu Centralnym jest czynna od godziny 7?
Bo ja już wiem.
Zadziwiające jak niekiedy pociągi potrafią szybko jechać.
Ta wycieczka to poniekąd taki mały przełom w moim życiu.
Nawykłam robić wiele rzeczy sama, nie rusza mnie gdy sama idę do kina, co niektórym wydaje się dość... niezwykłe.
Nie byłam jeszcze sama na koncercie, bo wydawało mi się, że jednak takie emocje to lepiej przeżywać z kompanią.
Jeśli jednak wyrwałam się do stolicy sama na koncert i następnie zaliczyłam nockę na dworcu w oczekiwaniu na pociąg to jeszcze jaka inna "granica" została mi samej do przekroczenia?
W każdym razie, mimo przygód i pewnych niedogodności, gdybym miała zrobić to drugi raz... nie wahałabym się ani minuty.
...niby kometa, która leci nie oglądając się na nic...
Ale o kometach to przy innej okazji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz