piątek, 29 czerwca 2007

Urodziny

Uczucia to skomplikowana sprawa.
Poznaliśmy się w banalny sposób - w piątek na parkiecie. Ja świętowałam zakończenie sesji, on robił sobie przerwę od nauki.
Jeśli, w moim niezdecydowaniu, miałabym określić swój "typ", to on do niego pasował - wysoki, bardzo szczupły, z potarganą fryzurą. Potańczyliśmy, porozmawialiśmy. Dałam mu numer telefonu a potem nerwówka - "Zadzwoni, nie zadzwoni". Napisał. Chociaż cały czas powtarzałam sobie, że to przecież nic takiego, ucieszyłam się. Chyba bardziej niż byłam gotowa przyznać. Umówiliśmy się na spacer. Wyrwał się na chwilę z domu, rzucił książki, żeby spotkać się ze mną. Znowu, nie chciałam sama przed sobą przyznać, jak było mi miło. Śmiechy żarty, jakieś całusy. Zupełnie straciłam głowę.
A potem on uczył, uczył, uczył się. Przecież w poniedziałek miał ważny egzamin. I były też urodziny Marty, na których miał spróbować się pojawić.
Wszyscy już wiedzieli, że się spotkaliśmy. Chcieli go poznać, ciesząc się, że ja, wieczny-wolny-duch może mam szansę zadokować na chwilę przy czyimś boku. Wybiła 20:00 - początek przyjęcia. Godzina mijała za godziną a ja dyskretnie patrzę na drzwi. Wreszcie goście zaczęli wychodzić i zabrałam się z nimi. Chociaż coś (kobieca intuicja?) podpowiadało mi, że nie przyjdzie, to, znowu!, tak trudno mi przyznać przed samą sobą, że zabolało mnie to. Zrobiło mi się żal tych wszystkich miłych chwil, które mogły mieć miejsce.

"Napisz chociaż jak poszedł Ci egzamin."
"Przepraszam, byłem wczoraj do niczego i jak poszedłem spać to się już nie obudziłem(...)".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz