czwartek, 19 kwietnia 2007

Kolejne filmy.

Scoop.

Poszłam bo chciałam zobaczyć Hugh Jackaman'a, który bardzo mi się podoba. I powinnam być zadowolona, bo Hugh wygląda bosko. Gra przecież młodego, przystojnego i miłego arystokratę i taki właśnie jest. Scarlett gra amerykańską studentkę dziennikarstwa, trochę naiwną, trochę gapowatą ale na szczęście, nie aż tak gapowatą, by denerwowała. Fabuła nie jest może misternym tworem o którego złożoności można rozprawiać całymi godzinami, ale nie razi dziurami. Niby wszystko dobrze, wszystko cacy, ale... coś nie gra. Nie wyszłam zadowolona z tego filmu, z poczuciem "tak, to naprawdę było dobre!". A najgorsze jest to, że sam nie wiem, co mi sie właściwie nie podobało. Może Allen? Może gdyby jego rolę zagrał ktoś inny byłoby lepiej? Może jednak pewne uproszczenia w fabule - że też akurat trafiło się Scarlett, że Hugh zwrócił uwagę na nią, chociaż wokół miał na pewno tabuny pięknych i elokwentnych dam? Może to, że rozwój romansu był tak popędzany, że nawet nie zauważyłam kiedy ona się w nim zakochała (pomijam pierwsze wejrzenie, choć mnie by w pełni wystarczyło)?
Może narzekam, że nie jest to zły film - naprawdę szczerze się parę razu uśmiałam i muszę stwierdzić, że jak Allen nie pasuje mi na aktora, tak na twórcę dialogów i owszem.
A może zwyczajnie nie jest oddaną fanką filmów Allena i stąd moje kręcenie nosem?


W stronę Słońca.

Niech Ci, którzy nie lubią filmów s-f nie zrażają się po przeczytaniu opisu tego filmu. Owszem, jest statek kosmiczny i spacery w kosmosie, ale to naprawdę niezbędny dodatek wzbogacający fabułę. Bo "W stronę..." należy umieścić gdzieś pomiędzy kinem katastroficznym a dramatem psychologicznym.
Na początku wszystko jest jak się tego spodziewamy - dzielna załoga z bardzo ważną misją i właściwie zero problemów. Wszystko idzie jak z płatka aż do pewnego momentu, kiedy to nagle wszystko zaczyna się walić i palić. Scenarzysta naprawdę nie oszczędzał się podczas wymyślania jak tu jeszcze utrudnić życie swoim bohaterom. No i sama nazwa statku - Icarus, jeśli to od Ikara, to naprawdę mało fortunna.
Na początku, gdy zaczynają się pierwsze kłopoty i lepije poznajemy charaktery bohaterów, miałam skojarzenia z "Głębią" Camerona. A że bardzo lubię ten film, wzięłam to za dobrą monetę. Ale potem stwierdziłam, że chyba bliżej jednak filmowi do "Okrętu" Petersena. Choć przez moment rozważałam nawet "Ciśnienie" i "Obcego", ale szybko porzuciłam ten trop.
"W stronę..." ogląda sie naprawdę nieźle. Fabuła nie pędzi na łeb na szyję ale i nie nudzi. Właściwie, cały czas czułam jakiś niepokój...A scena wejścia na Icarusa I - majstersztyk. Najpierw myślałam, że z rolką filmu dzieje się coś dziwnego.
A potem zaczęłam się bać.
W ogóle trzeba film pochwalić za fajne zdjęcia i przyjemne efekty specjalne - w końcu to s-f, bez efektów obyć się nie mogło, ale nie są przytłaczające. Są takie w sam raz.
Choć jeśli miałabym być bardzo czepialska, to jako zarzut, wytknęłabym małą czujność komputera Icarusa. Niby to takie zdolna i mądra bestia a taka gapowata i ... ślepa (?) momentami.
A na koniec....powiem tylko, że byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona kiedy już w pierwszej scenie usłyszałam Cilliana Murphy. Głos tego pana to absolutny hit, porównywalny jedynie z jego spojrzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz