Liga Światowa. Poznań, Hala Arena 01.06.2007
Na wstępie, muszę zaznaczyć, że właściwie to nie tyle siatkówka jest w centrum mojego zainteresowania, co siatkarze. Moja dobra koleżanka Aśka, która co pewien czas przeżywa fascynację czymś innym (i chwała jej za to!), po tym jak nasi chłopcy przywieźli z Japonii srebrny medal, załapała tzw. "fazę" na siatkę. I to ostrą fazę. A skoro ona, to i ja byłam zmuszona oglądać zdjęcia, wywiady, tudzież mecze. Hmmm. Urodziwa ta nasza reprezentacja, nie da się ukryć. Może jednak warto zainteresować się tym sportem, skoro panowie tacy fajni i biegają w ilościach wręcz hurtowych po boisku?
I tak właśnie stałam się "fanką" siatkówki. Piszę "fanką", bo jak już wspomniałam, nad piękno gry przekładałam chyba jednak czar i urok zawodników.
Gdy wyżej już wspomniana, moja dobra koleżanka, zorientowała się, że mecz Ligi Światowej będzie rozegrany w Poznaniu, to nie wahała się ani trochę by kupić bilety. Ja nie zdecydowałam się - w sierpniu pojadę do Brna i przyda mi się każda złotówka. Odliczała miesiące, tygodnie, potem dni... Aż wreszcie, 28 maja kadrowicze mieli się zjawić w hotelu Trawiński w Poznaniu.
Tego dnia, jak tylko zakończyłyśmy egzamin ustny z języka, zaopatrzone w aparat pobiegłyśmy pod ten hotel. Usiadłyśmy na murku nieopodal i czekałyśmy, same nie bardzo wiedząc na co. Wiedziałyśmy, że nie przyjadą autokarem, tylko każdy we własnym zakresie. To siedziałyśmy i bacznie obserwowałyśmy każde auto na innych niż poznańskie rejestracje. Nagle wyjechał czarny volkswagen na olsztyńskich numerach. Marta, o najbystrzejszym wzroku, zakrzyknęła, że za kierownicą siedzi blondyn. Aśce serce zadrżało. W kadrze mamy dwóch blondynów - Daniela Plińskiego i Łukasza Kadziewicza, który to jest jej ulubieńcem. Gdy auto skręciło i dojrzałyśmy profil kierowcy, byłyśmy pewne, że to właśnie "enfant terrible" naszej siatkówki - Kadziewicz. Ruszyłyśmy się z miejsca i podreptałyśmy w kierunku parkingu. Aśka odchodzi o zmysłów, ja wyciągam aparat i pstrykam zdjęcia a Marta mówi mi gdzie mam się ustawić, żeby były dobre. Jako jedyna z nas zachowała zimną krew. Pan parkingowy patrzy na nas ze zdziwieniem (trzy dziewczyny, każda elegancka, bo przecież prostu z egzaminu...), ale uśmiecham się do niego i dalej pstrykam. Po chwili, Łukasz znika w hotelu a Aśka może znowu oddychać. Wtedy Marta zaproponowała, żebyśmy przeszły ścieżynką prowadzącą na drugą stronę parkingu. Właściwie to dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaki ten parking jest długi. Usiadłyśmy na krawężniku, wyciągnęłyśmy słówka do powtórzenia, na przyszłotygodniowy egzamin i powtarzamy. Wtem...szlaban się podnosi i na parking wjeżdża terenowe volvo, także na olsztyńskich numerach. Aśka, pyta się nas kto wysiada. Marta mówi, że jacyś znani. Ja, walcząc, by aparat nie łapał ostrości na siatkę, odpowiadam, że nie wiem, ale jacyś ładni. Ojjj ładni... Michał Winiarski, Łukasz Żygadło i Daniel Pliński. Nie wiem czy nas widzieli, bo choć stałyśmy zaraz przy płocie, to był on porośnięty dziką roślinnością. Ale nawet jeśli nas widzieli, to w ogóle nie przejęli się naszą obecnością. A my, zamiast zawołać ich czy zrobić cokolwiek stałyśmy jak wryte...no pomijając to, że ja robiłam zdjęcia. A potem nadjechali Paweł Zagumny i Marcin Możdżonek, ale aparat cały czas upierał się, że będzie łapał ostrość na płot a nie na zawodników...cóż... Roztrzęsione, ale szczęśliwe, stwierdziłyśmy, że koniec łowów, wracamy.
W środę, gdy wyszłam z egzaminu, sprawdziłam czy nie mam żadnych nowych wiadomości. O była jakaś i trzy nieodebrane połączenia od Aśki - "Anka, jak skończysz dawaj na Arenę, oni tu trenują i widać ich przez szybę". Nie wiem czy większym wyczynem jest to, że z HCP na Arenę dojechałam w 15 minut, czy też mój sprint w szpilkach do tramwaju. Aśka zaprowadziła mnie pod jedno z wyjść z Areny. Przyklejam się do szyby i... faktycznie, widać jak trenują. Chociaż miałyśmy aparat przy sobie, bałyśmy się, że nie damy rady zrobić zdjęć, że wszystko będzie się odbijać od szyb. Jako, że Aśka jest urodzona w niedzielę i w dodatku w czepku, gdy chłopaki po treningu zaczęli się rozciągać, na wprost nas, usiadł nikt inny jak sam Kadziewicz. Ależ oni są rozciągnięci... Nie wiedzieć czemu, mnie także nagle zaczęło się ciężej oddychać. I tak stałyśmy sycąc oczy, aż wreszcie stwierdziłam, że trzeba chociaż jedno, próbne zdjęcie wykonać. Aśka odsunęła się na bok, by pstryknąć tę fotkę, ale...
- Aśka, wracaj tu.
- A co się dzieje?
- Kadziu się rozbiera.
- Ale, że co? Że ściąga koszulkę?
- Tak.
Zaraz była przy mnie. Stał do nas plecami i rozmawiał z kimś, z wrażenia nie pamiętam z kim. Aśka znowu ma problemy z oddychaniem a ja klnę w duchu, dlaczego nie robię zdjęć...Gdy skończyli, pobiegłyśmy pod główne wyjście, gdzie stał już autokar. Usiadłam na ławeczce nieopodal i ustawiłam aparat. Wtem widzę czyjąś głowę. Jakby znajoma. Pstrykam zdjęcie - może na powiększeniu poznam....No tak, przecież to Michał Bąkiewicz. Sam, spaceruje sobie z komórką. Ja pstrykam zdjęcia i znowu łoję sama siebie w myślach dlaczego siedzę a nie biegnę do niego po fotkę (w głowie wciąż mam zdjęcie, które dał sobie zrobić dla Cosmopolitana...). On zawraca w kierunku autokaru i oto nieszczęście. Podjeżdża jakiś zdezelowany dostawczy, koncertowo zasłaniając mi widok. Jeśli pominę brzydkie wyrazy, jedynie co powiedziałam to "przez tego, nic nie widzę". Poderwałam się z ławki i znalazłam sobie inną miejscówkę, niestety nie tak dobrą. Z tych nerwów nawet zdjęcia nie bardzo mi chciały wyjść... Stwierdziłyśmy, że wracamy tu po zajęciach na ich drugi trening. I wróciłyśmy, wraz z kolegą Szymonem. Tyle, że teraz akurat trenowali Argentyńczycy. Szymon, wierząc w swoje szczęście (kolejny urodzony w niedzielę i w czepku...) wszedł do środka. Odczekałyśmy chwilę... Nie wywalili go z hukiem, to też wchodzimy! Wtedy pewien pan zapytał się nas w czym może nam pomóc. Odparłyśmy, że my idziemy po kolegę, bo nam się w środku zagubił. Pan się zaśmiał i powiedział żebyśmy szybko go zabrały. Aśka zapytała pana, kiedy nasi będą trenować. Pan odparł, że za godzinę i o 10:30 dnia następnego. I jakby to od niego zależało, to by pozwolił nam zostać, ale Lozano nie pozwala i nawet się denerwuje kiedy mu obsługa Areny się krząta. No co za przemiły pan! Gdy wyszliśmy, zauważyliśmy dziewczyny rozwieszające plakaty reklamujące mecz. Zapytaliśmy się pana, czy jest szansa, żeby taki plakat dostać. Pan stwierdził, że musimy zapytać dziewczyn, bo on nie ma z tym nic wspólnego. No to już! ale one stwierdziły, że nie bardzo, bo mało, bo nie wiedzą i w ogóle nie... Hmm. Trudno.
Gdy Argentyńczycy jeszcze trenowali, sprawdziłyśmy jak wyglądają zdjęcia zrobione przez szybę. I znowu zawyłyśmy z rozpaczy - może nie były powalającej jakości, ale wyraźnie było wszystko widać... No nic, może przy odrobinie szczęścia, Łukasz znowu się będzie rozbierał?
Po jakieś godzinie i wyczerpanych bateriach już wiedzieliśmy, że jednak się nie rozebrał... Ale jak nie dziś, to może jutro? Bo my z Aśką, już miałyśmy plan być rano pod Areną. I jak zamyśliłyśmy, tak zrobiłyśmy.
Zabrałam ze sobą statyw, bo od trzymania aparatu bolały mnie ręce, poza tym, zawsze to szansa, że będą mniej poruszone. Ale ku naszej rozpaczy, czwartek był wyjątkowo słoneczny. Wszystko się perfidnie odbijało od szyb, właściwie mało co było widać. Podeszłyśmy do innego wyjścia, licząc na to, że będzie tam lepszy widok. W międzyczasie, dołączyła do nas Marta. Szkoda, że nie było jej dnia poprzedniego, może ona ruszyłaby do Michała i namówiła go na wspólne fotki? Po chwili, obok nas pojawiają się jeszcze dwie dziewczyny - sporo młodsze na oko od nas. Postanowiłyśmy wrócić do poprzedniego wyjścia, bo przy tym już kompletnie nic nie widać.
Wracamy a tam drzwi otwarte, bo panowie rozładowują sprzęt nagłaśniający. To my się ustawiamy obok i patrzymy dalej. Panowie zerkają na nas z zaciekawieniem i wracają do swojej pracy. Po chwili pojawiają się koleżanki. Patrzymy a one ustawiają się w tych otwartych drzwiach i cykają zdjęcia. No to jak one mogą, to ja też! Ustawiam się obok i cykam. Panowie rozładowujący patrzą na nas z jeszcze większym zdziwieniem, ale najlepszą minę to miał pan ochroniarz pilnujący tego właśnie wejścia. W sumie nie ma się czego przyczepić, bo stoimy na zewnątrz hali. Po chwili wpadam na genialny koncept, żeby wyciągnąć statyw. Aśka śmieje się ze mnie, ale pomaga mi go rozstawić. Pan ochroniarz zdębiał totalnie a ja pstrykam dalej. "No odwróć się", "No chodź tu do nas" - takie zaklęcia słychać z naszej strony. Już wspólnie żartujemy z koleżankami i umawiamy się, że wymienimy się zdjęciami. Nagle, przed obiektywem pojawia się moja ex-fascynacja (dlaczego ex, o tym za chwilę) Grzesiek Szymański. Nie piszczałam jak Kadziewicz stał pół nagi przede mną, to musiałam zacząć piszczeć jak zobaczyła jego... No po prostu puściły mi nerwy i chyba zbyt intensywnie zaczęłam się cieszyć. Właściwie wcale mi się nie wydawało, że tak głośno piszczę... Grzesiek pomachał do nas a ja, jakże by inaczej!, zrobiłam wtedy tak nieostre zdjęcia, że aż boli patrzeć... No nic... W międzyczasie wieszałyśmy sforę psów na dziewczynach rozwieszających plakaty. Bo przecież powiedziały nam, że ich mało i nam nie dadzą, a dziś cała Arena była nimi obklejona. Każdy filar, każde drzwi, ścianka działowa...wszystko. Jednak gdy pojawiły się na widoku, nie omieszkałyśmy spróbować raz jeszcze. Dziewczę skrzywiło się jakby zjadło cytrynę i poszło sobie. No to dawaj, dalej wieszać te psy. Wtem podeszła do nas główniejsza-rozwieszająca z pytaniem czy byśmy nie chciały plakatu. No co za pytanie?! Jasne, że tak! I przyniosła je nam. Psy zostały uroczyście ściągnięte, a złe słowa odszczekane. Teraz puściłyśmy wodze fantazji, jakby to fajnie było mieć podpisy na tych plakatach...na co nasze koleżanki stwierdziły, że da radę, bo one mają markery. Chyba nawet 24-karatowe złoto nie świeci się tak jak zaświeciły się nam oczy. Koleżanki, chociaż młodsze, wydawały się dużo od nas odważniejsze, zatem jeśli będziemy się ich trzymać, to kto wie, kto wie...
No ale chłopaki kończyli trening a my biegniemy dookoła hali, pod autokar. Nagle, przystajemy. Zza uchylonego okna słychać szum wody a z boku widać buty siatkarskie. Czyżby tu były prysznice!? Wsadzić ten aparat czy nie? A jeśli będzie go widać? Ach....te decyzje...Dajemy spokój zdjęciom spod prysznica i biegniemy pod autokar. Koleżanki ustawione - jedna z nich i ja robimy zdjęcia, reszta zbiera autografy. Pierwszy wychodzi Michał Winiarski Właściwie to wylatuje, zanim którakolwiek z nas zdąży zareagować, jest już w środku autokaru. Po nim wyszedł jakiś pan, którego nie poznałam, ale na wszelki wypadek zrobiłam mu zdjęcie. Potem ... Michał Bąkiewicz. No jemu to nie darujemy! „Przepraszam, czy możemy prosić o autograf?” „Jasne.” Nie tylko autografy ale i uśmiechy rozdaje na prawo i lewo. Jakiż on jest wysoki, jakiż on jest sympatyczny! Jak on dobrze wygląda na żywo!! Potem Sebastian Świderski razem z Zagumnym. „Sebastian, możemy prosić?” „Jezu dziewczyny, aż tyle was? (raptem 5) My czasu nie mamy”... Ale z uśmiechem i cierpliwie podpisuje. Myślę, że Zagumny też by się dał namówić, ale miałyśmy ograniczoną ilość markerów i musiałby czekać na swoją kolej. Pokręcił się chwilę i zniknął w czeluściach autokaru. Potem Michał Możdżonek i Wojtek Grzyb - spokojnie i cierpliwie podpisują. Szkoda tylko, że takie ponure miny mają. W międzyczasie ucieka nam Daniel (podobnie jak w przypadku Zagumnego - mamy za mało markerów, żeby go zatrzymać). A potem ja biorę głęboki wdech bo oto Grzesiek Szymański! „Możemy prosić?” „A o co?” i nie zwalnia kroku. No to ja dorzucam, że o autograf. Ale on już się schował w autokarze łamiąc mi tym samym serce. Nie mógł powiedzieć, że był straszliwie zmęczony, bo ze względu na kontuzje, raczej się oszczędzał. Tym bardziej mi się przykro zrobiło, bo Grzesiek ma opinię człowieka cierpliwego kiedy przychodzi do rozdawnictwa autografów (a powtórzę, że było nas PIĘĆ). Wtedy Marta pokazuje mi, żebym się obróciła. Ale o co chodzi? Pstryk! Pan, którego sfotografowałam a którego nijak nie umiem zidentyfikować ze śmiechem robił nam zdjęcia. No to zrobiłam mu jeszcze jedno a co! Uśmiechnął się do nas i zaczął rozmawiać przez komórkę. Plus musi być bardzo dobrym sponsorem i zapewniać im miliony darmowych minut, bo oni praktycznie nie rozstają się z telefonami. No, ale, ale, oto idą gwiazdy! Łukaszów dwóch - Kadziewicz i Żygadło. „Możemy prosić?”
Kadziewicz: „Przepraszam, nie.” - i ładuje się do autobusu z miną taką, że zrobiło mi się nieswojo. Cóż...właściwie po Łodzi spodziewałyśmy się, że akurat on nie będzie zbyt skory do rozdawnictwa, zatem jakoś się specjalnie nie zdziwiłyśmy. Ale za to drugi Łukasz, Żygadło. No chłopak do rany przyłóż! Dowcipny, miły i o tak fenomenalnym uśmiechu, że aż się wierzyć nie chce. Żadne zdjęcie ani transmisja nie oddaje tego, jak on naprawdę wygląda na żywo. Cud, miód. Chwila przerwy, nikt nie wychodzi, to pytam się tajemniczego pana fotografa, czy my z boku naprawdę tak śmiesznie wyglądamy. On z uśmiechem odpowiada, że pstryka pamiątki dla chłopaków. Czemu ja nie zaproponowałam mu wtedy żebyśmy się wymienili zdjęciami, nie wiem. Pewnie zadziałał mój spóźniony refleks. Dalej nie wiem kim jest ten pan, czy to fotograf reprezentacji czy kto, ale był dla nas szalenie miły i odniosłam wrażenie, że trochę nam współczuł, gdy widział jak nam niektórzy odmawiali i mimo wszystko próbował ich namówić. Szkoda, że nie poskutkowało, ale i tak za wysiłek bardzo Panu dziękuję! Ale to jeszcze nie koniec autografów. Ignaczak i Gruszka - to byli ostatni, przydybani przez nas zawodnicy. Cierpliwie, może już bez uśmiechu, ale nie można mieć wszystkiego. Zapakowali się do autokaru i odjechali.
No właśnie... Jak pisałam, spodziewałyśmy się, po relacjach z Łodzi, że Kadziewicz może nie być w nastroju do podpisów, zatem Aśka specjalnie się nie nastawiała, ale... no żal zostaje. Łukasz to specyficzny człowiek, gdy się czyta wywiady z nim czy też opinie o nim, to odnosi się wrażenie, że tak naprawdę to zabawny i w dechę człowiek. I pewnie taki jest dla ludzi których zna, a dla tych których nie zna, no...to już różnie o czym się same przekonałyśmy. Ale chociaż przeprosił, jak to potem stwierdziłyśmy. Ja jednak dalej nie rozumiem dlaczego Grzesiek tak nas zlekceważył. Za głośno piszczałam wtedy? Czy też stwierdził, że pomachanie nam to już będzie chwatit i więcej się nam nie należy? Jakby nie było, zrobiło mi się przykro, bo zanim zjawili się w Poznaniu, cały czas wierciłam Aśce dziurę w brzuchu, żeby mi zdobyła jego autograf. Cóż...przestałam go kochać i przelałam to uczucie na Michała Bąkiewicza. Nie tylko dlatego, że był taki cierpliwy i miły wtedy, po Areną, ale także, że nawet po meczu, kiedy już spory tłum podkładał rzeczy do podpisywania, cierpliwie rozdawał autografy i pstrykał sobie zdjęcia z kibicami. Niestety nie udało mi się do niego dopchać po meczu (który oglądałam na telebimie, bo przecież biletu nie miałam - pozdrawiam wszystkich z trawnika!), ale Aśce się udało (no bo urodzona w niedzielę i w czepku). Opowiadała potem, że cały czas żartował sobie i był, jak to stwierdziła, ujmujący. No to ma za to kolejną fankę do kolekcji (jakby i tak było ich mało...). Także ogromne wyrazy uznania dla Łukasza Żygadło (ten uśmiech...), Sebastian Świderskiego i wszystkich, którzy wykazali się cierpliwością, by podpisać się nam na plakatach. Dzięki chłopaki! I odwiedzajcie częściej Poznań!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
dziewczyno, ten tekst jest r e w e l a c y j n y, jakbym widziała siebie z przed jakiś 7 lat. pozdrawiam imienniczka
OdpowiedzUsuńDzięki serdeczne i również pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńZapraszam częściej. :)