Piątek wieczór to interesująca pora. Początek weekendu, co oznacza, że oto wszyscy po całym tygodniu ciężkiej pracy, chcą gdzieś iść, odreagować i miło spędzić czas ze znajomymi. Wokół Pręgierza na Starym Rynku, tłum gęstnieje. Każdy wypatruje w mroku czy aby jego kompani gdzieś już tam nie stoją. Zupełnie jakby cały Poznań zmówił się, że spotka się w jednym miejscu.
Poszukiwania lokalu, okopanie się przy stoliku i... można zaczynać swój piątek wieczór. Przy włoskim piwie (rozlewanym w Kompanii Piwowarskiej, ale magia nazwy Nastro Azzuro i tak na mnie działa) opowiadam koleżankom co u mnie, słucham co u nich. Śmiech, żarty i to dziwne poczucie, że chociaż niby tyle się nie zmieniło, bo wciąż siedzimy w knajpie przy piwie, to jednak jest to nieco inna knajpa, piwo też jakby już nie studenckie, a tematy zupełnie odbiegają od typowych problemów młodych żaków.
Ktoś patrzący z boku pewnie pomyślałby, że oto młode kobiety mają babski wieczór. Właśnie. Młode kobiety, nie dziewczyny.
Pora ruszyć na parkiet. Klimaty rodem z lat siedemdziesiątych nie pozwalają usiedzieć zbyt długo w miejscu. Tańczących jeszcze nie za wiele, za konsoletą przystojny DJ, który niestety nie ma nic T-Rex'a. A już chciałam pobujać się w takt muzyki cudownego Marca Bolana.
Wracamy do stolika, roześmiane. Za chwilę chce do nas dosiąść się chłopak. Łysa głowa, gojący się nos i pełno sznyt na rękach. Ale, co należy mu zapisać na plus, gdy się do nas zwracał, nie "urywało mu się". Mówiąc wprost, nie klął.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Widziałam na parkiecie jak startował do pewnej blondynki, ale ta spławiła go. "Nie u niej, to może u nich", zapewne pomyślał. Przeliczył się. Koleżanki siedzące bliżej niego wciągnęły się w swoją dyskusję i ani myślały wciągać go w dysputę. Spojrzał na mnie.
Zawsze wydawało mi się, że nie wyglądam zbyt "zachęcająco", ostre, wychudzone rysy twarzy, wąskie, zaciśnięte usta i głęboko osadzone oczy oglądające świat zza ciemnej obwódki cieni i kredki. A jednak...
Spojrzał na mnie i już wiedziałam którą z nas sobie obrał.
Westchnęłam w duchu.
Poszłam na parkiet licząc, że tam go zgubię. Poszedł za mną niby pies pasterski, który tylko pilnie baczy, czy mu aby żaden zły wilk nie ostrzy zębów na owieczkę. Nie cierpię tego.
W każdym razie w dość dyplomatyczny sposób próbowałam mu dać zrozumienia, że raczej nie zaprzyjaźnimy się. Nie interesują mnie mecze piłkarskie, oglądane z perspektywy Kotła, ani wspólne wyjścia do kina (koleżanki, prawie się zakrztusiły, gdy usłyszały moje wielkie kłamstwo, o tym jak to nie cierpię kina).
"Nie, nie dam ci mojego numeru telefonu."
I wtedy dopiero się zaczęło...
Zaczął mnie zapewniać, że nie szuka dziewczyny, tylko koleżanki. Wyciągnął telefon, by pokazać mi zdjęcie małej dziewczynki, córki jego dziewczyny (ale nie jego córki). Pokochał dziecko jak swoje a dziewczyna puściła go teraz kantem i wróciła do jakiegoś swojego byłego chłopaka, a może kolegi, nie pamiętam. I patrzy na mnie tym swoim wzrokiem zbitego szczeniaka, pytając co ma zrobić.
Przestać ocierać się o moją rękę na dobry początek.
Piątek wieczór, czas kiedy naprawdę nie mam sił ani ochoty by zamartwiać się o losy świata, a tu masz! Historia krzywego życia. Że jestem bez serca? Nieczuła na problemy innych? Biuro wszelkiego pocieszenia otwarte jest od poniedziałku od 8:00 do piątku do godziny 17:00.
I gdy poznałam jego smutną historię, pyta się mnie, czemu jednak nie chcę się z nim zaprzyjaźnić.
Nie lubię mówić ludziom przykrych rzeczy. Chyba, że nie odczytują subtelnych znaków, jakie im posyłam i zmuszają mnie do sięgnięcia po broń ostatecznej zagłady.
Na początek powiedziałam mu, że widziałam jego nieudany start do blondyny.
Te tłumaczenia, że podszedł do niej dla śmiechu, że ona ma męża i jest sporo od niego starsza... Nawet jakby do niej nie podszedł to i tak za dużo by to nie zmieniło, ale chłopak zamiast tutaj spasować, zaczyna opowiadać o swych kolejnych nieszczęśliwych miłościach, pokazując sznyty i wymieniając kolejne imiona.
"Nigdy nie bierz nikogo na litość. Naprawdę. To nie działa."
Spojrzał. Zasępił się. Spasował.
Wreszcie.
Odetchnęłam z ulgą i poszłam na parkiet. Lata siedemdziesiąte powoli zmieniły się w dyskotekowe evergreeny. Wróciłam do stolika i widzę, że siedzi przy nim jakiś nowy mężczyzna. Popatrzyłam na koleżanki zatopione w rozmowie, na faceta, wzruszyłam ramionami i usiadłam na przeciw niego, nucąc przebój, który wylewał się z głośnika. Próbowaliście się kiedyś komuś przyjrzeć w taki dyskretny sposób, żeby ta druga osoba się nie zorientowała? Oczywiście, ta osoba, zawsze spojrzy prosto na was. Uśmiechnęłam się i odwróciłam wzrok, by po chwili jednak znowu na niego spojrzeć. Zrobił to samo.
Jak dzieci.
A potem lokal zaczęła rozgrzewać Macarena. Wszystkie skoczyłyśmy na parkiet, koleżanki zaczęły mnie podpuszczać, żebym wzięła naszego nowego kolegę. To się wróciłam, stwierdziłam ,żeby tyle nie pił i poszedł z nami na parkiet.
Ponoć jeśli zaskoczy się człowieka, nie ma szans, żeby ten się nie zgodził.
Zadziałało.
Na parkiecie nawet nieźle mu szło.
Jednak gdy się odezwał...
Wyglądał na inteligentnego, obytego człowieka. To dlaczego na pięć pierwszych słów jakie wypowiedział dwa był niecenzuralne?
Nie twierdzę, że każdy ma mówić w kwiecisty i ultra wyszukany sposób. Do tego trzeba mieć talent, inaczej można się zbłaźnić. Ale na litość Boską... To co widziałam, a to co słyszałam było w takiej sprzeczności, że aż nie chciało mi się wierzyć.
Może teraz to on dawał mi znaki, że nie chce się ze mną zaprzyjaźniać?
Możliwe, ale to wystarczyło, żeby się po prostu nie odzywał.
Albo zmienił stolik. Przy barze były wolne miejsca.
Nie bywam nadgorliwa.
I tak oto ten piątkowy wieczór przypomniał mi kilka starych prawd:
- nie wszystko złoto co się świeci
- nie sądź po pozorach
Z kolei inne wydarzenie zmusiło mnie do przypomnienia sobie sentencji, którą muszę powtarzać sobie jak mantrę "nie zapalaj się, nie zapalaj się, niezapalaj się, niezapalajsię...."
środa, 11 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz