niedziela, 9 sierpnia 2009

Sabat

O tym, że współlokatorzy bywają skarbem już pisałam.
Poranek kiedy żadna z nas nie musi iść do pracy.
Siedzimy w kuchni przy herbacie i rozmawiamy...
O mężczyznach, o naszych kompleksach, o wszystkim co ślina na język przyniesie.
- zgadzamy się, że uszy to magiczne miejsce i nawet chuchnięcie na nie wyzwala fale emocji
- nie lubimy "króliczków" co to tylko pompują byle prędzej, byle głębiej, byle mocniej
- znowu uszy; uwodzą nas słowa, krągłe, ładne, dobrze dopasowane; nie przez żołądek droga do naszych serc... czy też łóżek.
- mężczyźni i tak nie zauważają połowy rzeczy, na których tle mamy kompleksy; ale my je zauważamy i wystarczy żebyśmy je chowały przed światem
- opowieści o złych, byłych dziewczynach to pomyłka; biuro wszelkiego pocieszenia to nie my
- odchodzić trzeba umieć; brak kontaktu, wymówki typu "nawał pracy" to zwyczajne tchórzostwo, miej odwagę powiedzieć, że to nie to
Już wiem, że jeśli będę chciała się utwierdzić, że mam rację to mogę iść do nich.
Druga opowiada jak odkrywa uroki bycia zakochaną.
Kupiła wysokie buty, choć zawsze chodziła w płaskich.
Maluje paznokcie, choć nigdy tego nie lubiła.
Wiem, ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów.

Trzy parujące kubki niczym magiczny wywar, nasz śmiech i szepty jak zaklęcia.

Magia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz