Współlokatorzy to specyficzna grupa ludzi.
Widzą mnie nieuczesaną, snującą się po domu w rozciągniętym swetrze i workowatych spodniach i zupełnie ich to nie rusza.
Są ze mną w zdrowiu i w chorobie (choć w innym pokoju), w radości i smutku.
Są zawsze, prawie jak ta druga połówka, tyle, że bez tego ładunku emocjonalnego.
Zawsze można się do nich odezwać.
Zawsze może wyrwać się przeciągłe westchnięcie na widok sterty brudnych garów, którą nie ja zostawiłam.
Za każdym razem kiedy mają gości i nie mogę usnąć od ich wspólnego śmiechu, trafia mnie szlag.
Wiedzą, że kiedy sprzątam, to głośno słucham muzyki. Niekoniecznie taką, którą lubią.
Można z nimi wspólnie łupać w Heroes of Might and Magic.
Można z nimi oglądać Dr. House'a (oraz każdy inny serial, zaczynając od Dextera a kończąc na IT Crowds) i komentować każdy inny film, często dopiero po tym zabiegu film jest zdatny do oglądania.
Z kim urządzać sobie alkoholowe wieczorki jak nie z nimi? (i kto, jak nie oni, ogląda mnie potem, kiedy przesadzę podczas takiego wieczorku?)
Z kim można pogadać w kuchni jak nie z nimi?
Jest z kim urządzać zawody "Kto pierwszy zajmuje łazienkę?".
Można pożyczyć cukru i to bez wychodzenia z domu.
Można się załapać na frykasy.
Jest z kim się zabrać do kina albo na koncert.
Jak wieczne kolonie, tyle, że bez wychowawcy.
Uwielbiam ich.
czwartek, 26 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Bardzo trafne i konkretnie napisane. W ogóle świetny blog. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPs. w Twoim stylu tytuł powinien brzmieć "The F***ing flatemate* xD
OdpowiedzUsuń