...so sinister, so sinister but the last night was wild!
Sposób wyśpiewywania ostatniego słowa przyprawia mnie autentycznie o dreszcze. "Ulysses", utwór promujący trzecią płytę Franz Ferdinand.
Gęsty, zimny i seksowny.
Jakby melancholia podlana elektronicznym sosem znana z "Auf Achse" spotkała pulsującego mrocznym pożądaniem "Michaela".
Niektórzy świat opisują barwami, inni kolorami, opisując muzykę opisuję jakie emocje we mnie wywołuje. Ubieram je w słowa tworząc czasem kreaturki przyprawiające o ból zębów.
Na szczęście tylko moich własnych.
To chyba w "Kronikach Majipooru" Silverberga była mowa o urządzeniu, które miało na płótno przelewać obrazy tworzone w głowie.
Przydałoby mi się coś takiego.
Nie umiem oddać słowami tak dobrze tego co czuję, gdzieś tuż pod powiekami, tuż pod skórą.
To łaskotanie, ten zimny prąd towarzyszący obrazom.
I've found a new way baby!
Z tego coś będzie, kolejna kartka w Muzycznym Notatniku, to więcej niż pewne. Ta piosenka ma potencjał, ma to co lubię, nutkę szaleństwa i ten zimny urok. A pomysł niech dojrzewa, z każdym przesłuchaniem będzie wyraźniejszy, dojrzalszy aż pewnego dnia będzie gotowy do spisania.
Póki co muszę zwrócić honor swojemu uczniowi.
Temu od zakładu z babcią.
Chyba jednak chłopiec przejmuje się stanem swojej wiedzy, bo jak ostatnio zobaczył ile błędów zrobił to znowu głos mu się zatrząsł.
Może jestem dla niego za ostra?
Jednak mi zależy na tym, żeby mówił poprawnie.
Literówki w słowach to małe piwo.
Zobaczymy.
Póki co czekam aż zwrócą mi potrącenie.
Doczekałam się kiedy wreszcie przyczepili się, że za późno zgłosiłam brak dowodu wpłaty. W takich chwilach mimo wszystko dobrze spojrzeć na pięknie przyozdobione miasto i pomyśleć o zbliżających się świętach, tylko po to by uspokoić się.
Choć to co sobie pomyślałam to moje.
I niech takim pozostaje bo nie nadaje się do druku.
Niekoniecznie dlatego, że niecenzuralne, raczej dlatego, że dużo tam powtórzeń.
Poza tym zakończyła się (dobrych parę dni temu) konferencja klimatyczna.
Restauratorzy i taksówkarze stwierdzili, że wcale nie zarobili, bo goście albo podróżowali tramwajami, albo jedli w hotelach.
Sklepikarze i właściciele pubów też narzekają.
No tak... wystarczy studentów uniwerku na dwa tygodnie wysłać do domu i nagle wszyscy liczą straty.
Liczna to grupa a i owszem, ale na miejscu studentów innych uczelni poczułabym się mimo wszystko dotknięta.
Uniwerek ponoć szykował się na udostępnienie swoich miejsc w akademikach gościom konferencji, ale okazało się to niepotrzebne. Wolne w każdym razie było.
Póki co wszyscy milczą na temat ewentualnego odrabiania i mają nadzieję, że sprawa rozejdzie się po kościach.
Co wcale nie jest niemożliwe.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz