czwartek, 16 października 2008

Po wieczorku

Wieczór panieński za mną.
To była intensywna sobota, najpierw spotkanie ze znajomymi (i rozpustne desery w Cacao Republice, pozdrawiam tych co byli i tych co być chcieli, a z różnych względów nie mogli) a potem bieg do jaja na początek imprezy.
I tak byłam ostatnia.
Ale za to jaka ważna(?) bo to ja miałam prezenty.
Przynajmniej ich część.
Książka się podobała, album też, co cieszy tym bardziej, że jednak trochę czasu zabrało mi przygotowanie go.
Tekst jak tekst, ale dobór zdjęć... rety, ileż dziwnych rzeczy można znaleźć w Internecie!
Szczególnie jak wyłączy się filtr "safe search". Odnoszę wrażenie, że porno zdjęcia można znaleźć przy absolutnie każdym słowie.
W każdym razie z jaja przeniosłyśmy się do klubu, gdzie w najlepsze trwał już ... wieczór kawalerski.
Najpierw pomyślałam, że było zabawnie połączyć te dwie imprezy, ale gdy wodzirej kawalerów przyszedł do nas z Edytą (dmuchaną lalą) postanowiłam to przemyśleć.
A myślałam przy mojito (moja lekko już zmęczona głowa wysyłała ciche dźwięki ostrzegawcze, ale mojito okazało się być dość łagodne dla mnie), toast i kolejny drink.
Najpierw zwinął mi się żołądek gdy zobaczyłam, że do szklanki, gdzie był już alkohol i jakiś sok dolano mi mleka, wstrząśnięto tym i dorzucono płatki róż.
Głowa mocno krzyczała, ale barman zapewniał, że to dobre.
Faktycznie.
Młoteczki w głowie też się uspokoiły.
Tylko dlaczego potem poszłyśmy szukać przyszłych tudzież obecnych mężów?
Znalazłyśmy ich, ale...po co to nie wiem.

A teraz przygotowania do ślubu/wesela.
Prezent jest, nawet zapakowany, kartka też jest, przeze mnie już podpisana, a co!
Suknia wisi i się prostuje, wciąż mam nadzieję, że nie będę musiała poprawiać tego co zmajstruje mi fryzjerka, a że nie ma zbyt wielkiego pola do popisu, bo ma mnie tylko uczesać, to pocieszam się, że nie będzie źle.
Tyle nerwów, tyle zachodu...
Co to byłoby gdyby to był mój ślub?
Choć, może byłoby wtedy spokojniej bo nie musiałabym się na nikogo oglądać, tylko robiłabym po swojemu.
A tak to pytam tych tamtych i nagle się okazuje, że ktoś czegoś nie doczytał, nie sprawdził i klops.
Szlag może trafić na miejscu.

Mam wreszcie gdzie ukoić(?) nerwy(??).
Jestem po pierwszej lekcji włoskiego.
Jak to miło, gdy miła pani, widząc mnie pierwszy raz na oczy już wie kim jestem i ma dla mnie od razu umowę.
No tak, ona prowadzi zajęcia a na pierwszych nie było tylko mnie.
Dedukcja Watsonie!
Myślałam, że ucieknę, jak usłyszałam mówiącą ją po włosku.
Szybko swobodnie, zupełnie jakby nigdy nie przełączyła się z polskiego.
I nawet miała tę specyficzną chrypkę często słyszaną u Włoszek (podejrzewam, że to od tego ciągłego krzyczenia ją mają, też taką chcę! od razu inna melodia z taką chrypką!).
W szoku stwierdziłam, że chyba też powinnam przenieść się do grupy o niższym poziomie, gdzie zaczynają od "mi chiamo" i rodzajników.
Po chwili jednak mój dekoder zastartował (nie był używany od pamiętnego majowego egzaminu) i odetchnęłam z ulgą.
Wciąż mam opóźnienia w translacji, ale rozumiem co do mnie mówią.
Gorzej gdy sama mam odpowiedzieć, gula w gardle i nerwowe przeglądanie końcówek.
Zabawne, jak ośrodek mowy jest źle połączony z ośrodkiem pamięci.
Gdy słucham innych nie mam absolutnie problemów przy przypomnieć sobie cokolwiek.
Ośrodek słuchu najwyraźniej łączy się na skróty.
W każdym razie trafiłam na swoją grupę i uroczyście ogłaszam kontynuację przygody z włoskim.
Od przyszłego tygodnia wracam na jogę.
Koniec wymówek.
Virasano, nadchodzę i skopię ci tyłek!
O ile będę w stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz